RSS
wtorek, 20 października 2009
o insomni słów kilka.

Kiedy nie śpię, tracę kontakt z tym co rzeczywiste. Niczego nie jestem wtedy pewien. Jasne, sypiam czasem, ale łatwiej policzyć mi noce przespane, niż te gorsze. Rzuca mnie wtedy na każdą stronę, budzę się o trzeciej i o czwartej znowu zasypiam. Budzę się o piątej, rozglądam i znowu zasypiam. Nie ma mowy o śnie, jako takim. Może pojawiają się czasem jakieś mary, przeważnie nic nie pamiętam. Każdy dzień w godzinach popołudniowych staje się katorgą. Znacie to uczucie, kiedy wydaje się, że to, co Was otacza, to sen? Patrzę na swoje ręce i wydają mi się obce. Mój oddech jest jakby obok, nierealny. Wszystko wokół jest sztuczne, patrząc w lustro nie widzę siebie. To właściwie takie uczucie, jakbym codziennie po nieprzespanej nocy miał 38 stopni gorączki. Albo i więcej.

Twarze widziane w autobusie monotonnie każdego dnia wydają się takie same. Przestaje się wierzyć w ogół, dostrzega się tylko szczegóły. Dostrzegam każdy element świata obok mnie, łącznie ze mną. I ta ostrość, ta wyrazistość tego wszystkiego jest tak jaskrawa, że od pewnego czasu po prostu nie chcę sypiać. Wmawiam swojej podświadomości, że tego nie potrzebuję, że jest wspaniale. Widzę wyraźnie emocje, jak i rzeczy. Można z łatwością określić, kiedy ktoś kłamie-zwykły ruch wargi, odwrócenie wzroku, nadmierne patrzenie w oczy. To jest takie proste. Możesz dostrzec czyjeś przeziębienie z samej obserwacji. 

Problem pojawia się wtedy, kiedy nie wiem co jest naprawdę. Wyszedłem dzisiaj na dwór wierząc, że śnię. Dopiero, kiedy odpaliłem porannego papierosa, a kłujące zimnem powietrze wdarło się do moich płuc, nikotyna zaczęła mi krążyć w żyłach-dopiero wtedy otrzeźwiałem. Każdy narkotyk jest wspaniały, dopóki się z nim nie przeholuje. W moim przypadku jest to nie spanie. To właśnie wspaniałe uczucie, które towarzyszy Ci kiedy śnisz. Przestałem łykać tabletki, nie piję alkoholu. Ale lubię bezsenność, której tak nienawidzę. Każdy narkotyk może być Ci odskocznią od tego całego gówna wokół. I każdy w końcu Cię zabije. 


23:59, cinamon_sinner
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 października 2009

Ja pierdolę, nie wyrabiam.

17:58, cinamon_sinner
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 października 2009
Trawa bardziej zielona, ano.

Od lat śmiałem się z narzekających na to, że innym jest lepiej. Zawsze wychodziłem z założenia, że jest się za młodym na to wszystko, że teraz mi to nie potrzebne, nie zakładam rodziny. No tak, ale co zrobić, kiedy de facto nie pozostaje Ci nikt do rozmowy?

Bo to jest tak, że mam może z trzech, czterech Przyjaciół (tutaj bez błędu, dużą literą). Do rozmowy, do napicia się, wsparcia. I zawsze otaczałem się przyjaźnią kobiet. Może wpływa na to fakt, że wychowywałem się bez ojca z siostrą i samotną matką. Ale tak jest – częstokroć lepiej się dogaduję i lepiej rozumiem kobiety. Stąd od zawsze miałem przyjaciółki i znajome. A na pewno więcej niż znajomych płci męskiej. 

W większości hamerykańskich sitcomów pojawia się hasło „strefa przyjaciela”. Oznacza to, że główny bohater X przyjaźni się z jakąś kobietą, lecz z słów narratora wszystkowiedzącego, tudzież z wewnętrznego monologu bohatera X dowiadujemy się, że nasz bohater kocha tę swoją przyjaciółkę. Ale ona, oczywiście, boi się tego uczucia i nie przyjmuje opcji bycia z nim. Oczywiście potem można zaobserwować jakąś degradację moralną bohatera, zmiany z wrażliwego na cynicznego i tym podobne. Ale nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, że to musiało jakoś powstać – mam tu na myśli w głowach scenarzystów. W życiu moi mili, jest bowiem podobnie. 

Wszystkie moje przyjaciółki są dziś, lub były wtedy związane z kimś. Byłem powodem kłótni, bo rozumiałem je lepiej niż ich facet. Szanowałem, traktowałem, jak na to zasługiwały – bo tak właśnie zostałem wychowany. Nie chcę uchodzić za boga, czytającego w myślach. Ale to jest naprawdę proste postarać się i być dla kobiet dobrym człowiekiem. Były też samotne. Przyjaciółki, które flirtowały, zachęcały, przytulały i nie zauważały tej granicy, tych chwil milczenia, tego wzroku. A może właśnie zauważały i nie chciały tracić przyjaciela? Sam nie wiem. 

Nie potrafię z dnia na dzień być chamem, bucem i niewiernym. Nie umiałbym. Zawsze dostawałem po dupie za bycie zbyt uczuciowym, za każdym razem. A i tak nic się nie nauczyłem. Wciąż z precyzją chirurga wplątuję się w kolejne przyjaźnie, które skończą się tym, że ona znajdzie sobie faceta. 

Czy zatem – stawiam pytanie – jest tak, że trawa jest bardziej zielona za płotem? Tak, zdecydowanie tak jest. A szczególnie wtedy, kiedy nie mamy nawet działki, żeby posiać tak z metr kwadratowy chociaż. 


23:57, cinamon_sinner
Link Komentarze (4) »
środa, 07 października 2009
Miałem kiedyś kobietę..

.. która była skarbem. Jest do dziś, jak się zastanowić. Słońcem, światłem, wszystkim. Przyjaciółką.

 

Bo to było tak. Poznałem ją przez jakiś wyjazd, co ciekawe-w różnych terminach. Poznaliśmy się drogą liter. Monitor był mi jej oczami, włosami, skórą, zapachem. I tak to się poznawaliśmy. Każdy pierwszy kwietnia od dnia naszego pierwszego spotkania nie jest już dla mnie dniem żartów i psot. Powoli zapominam, że ten dzień, to jakieś ogólnie pojęte święto. To jest moje święto. Nasz dzień, który obydwoje pamiętamy.  To porozumienie, zwiedzanie jej miasta, jej kurtka, to jak pachniała. Pierwszy pocałunek na mostku, z żółtą bodajże obdrapaną barierką. Ona oparta o nią, ja patrzący przez jej lewe ramię na przejeżdżające w dole auta. Za mną, trochę w lewo pociągi czekające na odjazd. Pamiętam rozmowy o chemikach, jej byłym facecie, który był jakimś gangsterem. Pamiętam nawet, że zgubiła jednego z trzech tulipanów. Ona to potrafiła.

 

I potem mnie zostawiła. Dostałem kosza, jakkolwiek kolokwialnie i źle by to nie brzmiało. Kosz, dół, wrycie w ziemię. Wszystko to spadło na mnie jakoś po tygodniu od tamtego wspaniałego dnia. Nie wiem, czy pisałbym to dziś, gdyby nie zimny prysznic tamtego wieczora. I to tak trwało. Na zmianę wracaliśmy do siebie, żebym tym razem ja ją zranił. I potem już tylko ja raniłem. Zostawiałem ją, nie radziłem sobie z tym uczuciem, cierpiała. Płakała przeze mnie, ja płakałem przez siebie. Potem miałem kogoś innego. I znów. I tak naprawdę, to nikogo nie pokochałem, tak jak Ciebie. Nie kochałem tak Weroniki, to była szczeniacka miłość, at all. Nie kochałem tak nikogo, tak na zabój.

 

Moja ciocia, buddystka, mówiła mi kiedyś o karmie. Nie wiem, na ile zrozumiałem ją w ten sposób, jaki chciała być zrozumiana... ale to, co dziś wieczór mnie spotkało.. to chyba karma. To chyba mogę nazwać karmą. Moja mama mówi, że "złe wraca do człowieka". Każdy złodziej w końcu coś straci, każdy raniący zostanie zraniony. I dzis wieczór dosięgła wreszcie mnie. Dosięgła mnie karma w postaci jej pozornego szczęścia z innym, który już kiedyś ją zranił.

 

Jak rozumieć tę karmę? Walczyć z nią? Myślę, że walka z tym przysporzy jeszcze więcej problemów i bólu. Chyba muszę to przyjąć i liczyć na cud. Wierzyć, że wstanę rano, chwycę za ten sześcianik świecący przy łóżku i przeczytam, że z nim nie jest. że mnie kocha tak, jak ja kocham ją. Bardziej by nie mogła, to niemożliwe.

 

Ale to nie jest film. A mi się kończą papierosy.

22:49, cinamon_sinner
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 lipca 2009
Dziennik pokładowy. Podsumowanie dnia drugiego.

Zastanawiam się o czym piszą marynarze na morzu. Powiedzmy, że płyną w rejs. Długi, bardzo długi rejs. Sto dni, dla przykładu. Kapitan chyba ma obowiązek prowadzić dziennik. Pytanie jakie sobie od rana stawiam, to o czym on do cholery może pisać? Po stu dniach nie było to sto kartek, lecz ich setki. Pisywał o majtkach, o sile wiatru? Cholera, nie wiem.

Tak czy inaczej - od rana grzeje. Zaczynając od uderzenia głową o dach domku po zachód słońca. Od rana do wieczora jest gorąco z małymi przerwami na wiaterek i cień. Oto cały dzień, cóż dodać. Skoki z pomostu są wspaniałe. 

Z całej doby najciekawsze chyba były sny. Po długim zasypianiu - bum. Jakiś wyjazd, ludzie lejący mnie wodą przed kościołem. Nie wiem skąd, ale mam w ręku wiaderko z amoniakiem i nic z tym nie robię. Bum, jestem w jakimś ciepłym kraju, ale jest cholernie zimno. Bum, spotykam jakąś kobietę, ładną. Znika, idę przez las. Bum, uderzam głową o dach. Nie, to już nie był sen.

Papierosy-wciąż duże zer0 .

00:14, cinamon_sinner
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 lipca 2009
Dziennik pokładowy. Dzień pierwszy.

Wylądowałem na wsi, na pewnej płaszczyźnie. Wsi zwanej D. Po ośmioosobowej podróży, która mordowała mnie swym ściskiem przez pięć godzin dotarłem. Przedział, jak i pociąg były pełne. Ludzie stojący przy oknach zdawali się wystawać z powodu braku miejsca. W tym ja. Trzy z pięciu godzin spędziłem na swobodnym przepływie powietrza przez moją głowę. Z przerwami na siku. Jak słaby film, w którym bohater podróżuje z A do B obserwując przyrodę. I rzecz jasna mając wspaniałe orzebłyski, godne Archimedesa czy Platona. Nie potrafię ścierpieć takich filmów, nie umiem.

Dotarłszy około na pewno punkt 15:30 zjadłem bułkę. I wypiłem mrożonej kawy, która nomen omen nie była taka zła. Teraz siedzę pod zieloną parasolką, odstraszam twarzą komary i przymierzam się do wstania. Jezioro chlupie niedaleko, ptaszki śpiewają. I szum drzew. Ludzie, jak można kochać morze, skoro mamy tak piękne lasy i góry. 

Kończąc na dziś-spokojnego wieczora. I szalonej nocy, oczywiście.

Waga - 88,5 kg
Papierosy - 0!
Herbata - 1
Bilansów a'la Bridget Jones - 1

18:10, cinamon_sinner
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 lipca 2009
ze łzą w tle.

Nawet, kiedy nie mam wiele do powiedzenia, napisania-chcę pisać. Po prostu lubię. Nawet o takich najprostszych rzeczach, o błahostkach. Pisanie po prostu wyzwala. Może to głupie porównanie, ale dziennik od zawsze był mi Potterową myślodsiewnią. Jeszcze zanim poznałem to pojęcie i jego Rowling'owe znaczenie zawsze pisałem w nim jakieś chore myśli, kłębiące mi się niepoukładane w głowie. Jestem człowiekiem pełnym chaosu, tak. A dziennik zawsze był tym wyzwoleniem. Jakkolwiek źle by nie było zawsze mogłem się tam wyżyć. Czasem wystarczyło zdanie, żebym poczuł się lepiej. Czasem pisywałem po cztery strony, które byłyby pewnie dla obcego zwyczajnym bełkotem. Ale zawsze bywało lepiej i już. Blog może nie do końca jest spowiednikiem, osobistym księdzem, ale na pewno w pewnej mierze wyzwala. Przynajmniej, dopóki jestem tu cynamonem. Czy kawą.

To jest zdecydowanie produktywny dzień. Jeszcze się nie skończył, a od rana zdążyłem zrobić znacznie więcej niż przez ostatnie dni. Dotarłem do pijalni mate w Warszawie, znalazłem ją i zwieńczyłem to pysznym zalaniem w doborowym towarzystwie paru ścian, myśli i stolika. No i miłej Pani za ladą. Dojechałem do WW turystycznym tramwajem. Przy okazji zweryfikowałem trochę moją wiedzę o Powstaniu Warszawskim (nie umiem napisać tego małą literą, choć chyba zgodnie z zasadami pisowni polskiej powinienem), która okazała się całkiem niezła. A po cóż, po cóż do tej WW jechałem? Otóż zakupić nowe rakietki do Badmintona. Jutro wyjazd, więc nudzić się nie będziemy.

Cieszcie się życiem, ludki. I na dziś nuta dla Was, to Jose Gonzalez - Teardrop. Przynajmniej leci w czasie pisania tego tekstu i jest mi całkiem przyjemnie. Wakacyjnie, mógłbym rzec.

18:49, cinamon_sinner
Link Dodaj komentarz »
wstępnych słów sześć.

Myślę o śmierci. O powolnym umieraniu. O raku, toczącym nas i nasze komórki bez naszego udziału. Cierpienie przychodzi potem, wtedy kiedy możemy wziąć w tym udział, pozostaje nam tylko patrzeć i odczuwać ból. O powolnym spływaniu krwi po nadgarstkach do wanny z ciepłą wodą. Skóra jest miękka, słyszę, jak schną mi włosy. Też to słyszysz? O agonii, skończeniu siebie ze zmęczenia.

Myślę o śmierci. O szybkim strzale, o nagłym ustaniu akcji serca. O kilku sekundach szalonej odwagi, szybkiego lotu w dół. O średniowiecznym cięciu głowy. Chrzęst kości, tryskająca krew, topór miażdżący krtań, kiedy jeszcze możesz myśleć, co złego uczyniłeś.

Myślę o śmierci. O wyniszczaniu się od małego. O nieświadomej destrukcji codzienności na nas. Wdychaniu toksyn, jedzeniu, braku odporności. Słabe społeczeństwo nieodpornych jednostek. O świadomym mordowaniu siebie. O zapałce, która w ciemny mroźny poranek rozświetli na chwilę twoją twarz, żeby zaraz zniknąć w czerwonym żarze papierosa. O dzieciach, które każdego dnia miażdżone są pod kołami aut pełnych promili.

I myślę o życiu. O powolnym umieraniu. I to chyba jest moim najpoważniejszym grzechem. Mogę być dla Ciebie Kawą, gdyż sam jej nie lubię. Lecz wiąże się ze mną liczbą dwa. Możesz mówić do mnie jak chcesz. Ja powiem tylko-cześć.

03:04, cinamon_sinner
Link Komentarze (1) »